poniedziałek, 27 lutego 2012

Nie ma nas... to nie był sen...

Każdego dnia... Nawet teraz, kiedy mam nieustający stan podgorączkowy spowodowany pewnie emocjami jakie wywołuje we mnie zbliżający się rozwód mam to nieodparte wrażenie, odkrycie nowe właściwie każdego dnia... NIE MA NAS... TO NIE BYŁ SEN... A chyba najgorsza jest nie mijająca miłość, ale raczej wiedza, że to była jakaś gra, że nigdy nie było żadnej miłości...
A on na fecebooku umieścił cytat o tym jakie ważne jest życie rodzinne, duchowe i przyjaciele... Skąd w nim ta jasność? Może zwariował? 
Krążące plotki, że ona złamała jego karierę trochę mnie brzydzą a trochę śmieszą. Brzydzą gdy myślę o tym, że ja całe swoje życie i życie moich Córek dostosowałam do jego kariery... żeby miał czas i żeby miał spokój, i żeby mógł się rozwijać, i żeby mógł rosnąć w siłę. I jak go już tak wykarmiłam to on... taki twardy i taki męski, i taki nieugięty, taki oschły w obyciu, taki akuratny i taki poukładany... taki zawsze grający... Tak się właśnie zapomniał... I to mnie akurat śmieszy. Że tak mu się wymknęło życie spod kontroli... Tak nie zaplanował tego bzykanka albo tej miłości... I tak stracił po ludzku głowę w tym swoim szaro-burym grzecznym świecie... Biedny i głupi. Jak to niedaleko pada ... coś o owocu tam było... 

Ludzie o okrutnych sercach, zimni i wykalkulowani są niebezpieczni. Uposażenia swoich polis przepisałam na siostry. Jak mogłabym zrobić inaczej?... Okazało się, że jest mały... malutki... A na końcu i bez charakteru, nie wspominając o kręgosłupie moralnym...

Postawiony pod ścianą nawet kłamie... a do tego tak mało bystrze... Myślę sobie teraz akurat o tym jakie żałosne te jego kłamstwa... przy tym jego poczuciu wyższości intelektualnej nad wszelkim stworzeniem... Gdybym ja chciała go skłamać... nie wpadłby na to nigdy. Ja nie tylko wpadałam... co grzebiąc w tych historiach o kolegach, którzy mieli akcję charytatywną w Brazylii (a de facto on przebywał tam ze swoją byłą dziewczyną), o dziewuszce, która nie jedzie na imprezę (a nie tylko jedzie, co kłamie mi w słuchawkę, że nie ma go obok) i o innej, która nie idzie na inną służbową imprezę (a idzie i świetnie się z nim bawi), i o pannicy, z którą flirt nic przecież nie znaczył gdy siedziałam z sześciodniową Wiktorią w domu... do końca się zapierał, że to nic, że przecież tylko ja, że on nigdy... Ja mu pokazuję dowód, rachunek, sms-a albo bilety lotnicze a on swoje... że on nigdy, że przecież tylko ja, że ze mną jak nigdy z nikim... O Boże! Charakteropata! Socjopata! 
Jakoś teraz przypomniało mi się jego oburzenie, gdy jego najbliższy kolega wyraził się o mnie mega pozytywnie... o sile mojego charakteru, o przebojowości i byciu liderem przewyższającym Bartkowe liderowanie... Boże... aż poczerwieniał..., i tłumaczył dlaczego tak nie jest... Tak się kochał! To dobrze. Na koniec zostanie mu tylko ta miłość...

I zastanawiam się jeszcze czy zgadzam się z psychologią każącą mi kłamać swoje dzieci... pochlebnie wyrażać się o ojcu... nie karmić ich naszymi nieporozumieniami... Ale z drugiej strony gdzie jest ta granica ochrony? Dlaczego mam je kłamać w sprawie tego, że zawsze mu przeszkadzały? Że zawsze jego komputer, jego wypoczynek i jego zabawa były ważniejsze niż one... Dlaczego mam tłumaczyć, że nie dzwoni? Dlaczego ukrywać, że nie dba o swojego umierającego wujka? Dlaczego bagatelizować, że to nic, że nie zadzwonił do ich kuzynki na urodziny... jego chrześnicy? To chyba obowiązek odpowiedzialnego rodzica pokazywać dzieciom rzeczywistość, nawet okrutną? Przygotować na porażki, choć ich nie zapowiadać? Mam udawać, że nie wiem, że mówiąc im, że mnie kocha i trzeba nam czasu chroni siebie? Dlaczego nie zapytać czy Młoda Dziewczynka myśli, że można kogoś kochać i z nim nie chcieć być jednocześnie? Dlaczego nie zapytać czy Jej Mała Główka wyobraża sobie miłość bez przytulania, skoro Jej tata nie przytula mamy, ale twierdzi, że ją kocha? Dlaczego nie zapytać ile czasu można myśleć nad tym czy chce się z kimś być jej zdaniem? 
Nie mówiąc wprost, że Je kłamie, żeby nie zaburzać tej relacji słowami... Ale wiedząc, że kłamie nie powinnam chyba milczeć... Pomyślę jeszcze... I skonsultuję...

niedziela, 26 lutego 2012

No i Sylwia wyszla...

Biedna nie mogla uwierzyc w to wszystko... Naprawde wierzyla, ze tworzymy zwiazek idealny... Kurcze... Zastanawiam sie dlaczego taka bylam glupia i dlaczego wierzylam w te bzdurne tlumaczenia obrazajace juz samym pomyslem moj intelekt... Tu sie pojawia pytanie... Tak chcialam wierzyc czy tak kochalam...? Jak wychodzil z domu na impreze sluzbowa... Jak wyjezdzal na znienawidzona przeze mnie cyklowke... Nie moglam spac... Mialam kulke w gardle a pekajace serce jakos dziwnie roslo i rozsadzalo klatke piersiowa... Jakbym sie dusila... Ten ciagly niepokoj mogl byc powodowany wymyslami i choroba psychiczna...aalllleee jak ktos bliski wiedzac to nie stara sie pomoc to juz wystatczajacy powod...

czwartek, 23 lutego 2012

Jesli ona wszystkim jest co dzis masz...

Swiat zostaw w tyle jesli ona wszystkim jest co dzis masz. Swiat zostaw za soba, dume schowaj, biegnij za nia co sil. A kiedy dogonisz wez w ramiona zanim bedzie juz za pozno...
To tez Kayah. Przypomniala mi sie w ta bezsenna noc moja nadzieja sprzed prawie roku...zwiazana z ta piosenka... Jego kolejne klamstwo i jego odejscie mialo miejsce kilka dni przed premiera tej piosenki... Cala wiosne bardzo glosno ja spiewalam... Myslalalam, ze uslyszy...
Ale z drugiej strony... moze on wlasnie zostawil caly swiat za soba i pobiegl za nia uchwycic ja w ramiona...
Mysle sobie o tym jak mozna bedac w zwiazku miec poczucie, ze masz wszystko bedac jednoczenie nikim...

Kayah mnie zna?

Na złość...
Znów otrzepię się z kurzu i ruszę do przodu
Na złość...
Wzlecę w górę wysoko jak Feniks z popiołów
Choć ciągle kłamałeś to ja wierzyć chcę...
Choć serce złamałeś wciąż miłość w nim jest...
Jeśli Ciebie kochałam, pokocham znów kogoś...
Nawet jeżeli rundę przegrałam to mogę walkę wygrać z Tobą!
Na złość...
Na złość Tobie z upadku podniosę się znowu
Znów otrzepię się z kurzu...
Choć tak się starałeś to obcy mi gniew
Choć o zemście myślałeś, ja mścić nie chcę się...
Znowu z prochu powstałam by zacząć na nowo...
Nawet jeżeli bitwę przegrałam to mogę wojnę wygrać z Tobą...

To Feniks z popiołów, Kayah. Uwielbiam ją, za tekst i za interpretację. To pewnie dlatego, że nie mam kompletnie słuchu muzycznego... Zatem dobór słów w zdaniu, obrazowość wypowiedzi i zaangażowanie w tę wypowiedź są dla mnie tak ważne. Ją uważam niemalże za poetkę. To jest Moja Szymborska. I Mój Miłosz. I każdy tekst jest o mnie:) Kiedyś, na jakimś charytatywnym koncercie miałam okazję Ją poznać i ... nie mogłam zrobić kroku, nie mogłam wydusić słowa... Każde wydawało mi się za małe na to co czuję. I choć dzisiaj jestem 10 lat starsza nie wiem czy mój respekt do Jej słów i myśli nie byłby wręcz większy.
Dzisiaj mój nastrój jest dużo lepszy. Jakby pogodzona jestem ze światem. Dostałam w dupę za ten rodzaj bólu, który zadałam Markowi. Choć nie można tego porównać (broń Boże... nie mogłabym się malować, bo lustro nie wytrzymywałoby mojego spojrzenia...), ale jak w prawie... wielkość winy nie ma znaczenia... znaczenie ma ... sama wina. Choć byłam uczciwa i nie kłamałam to jednak wiem i wiedziałam wtedy również, że zadałam mu ból w samo serce. Tępym narzędziem. Bo kochał mnie taką dziecięcą miłością, którą ja zdeptałam. Myślałam, że tłumaczy mnie miłość większa... Nie wiedziałam, że to ona zdepcze mnie. Narzędzie okazało się jeszcze bardziej tępe... Rozumiem, że już jestem kwita z losem, he? Losie! Do nędzy! Teraz chcę spokój i rzekę miodu... Odpracowałam już zadany kiedyś ból? Obiecuję, że mnie też bolało... I też do utraty tchu... Wystarczająco? Poza tym jestem zwykłym, dobrym, uczynnym człowiekiem... No to chyba kwita?

Diamenty, Kayah

Czas wszystkim nam dodaje siły...
W człowieku jest Boga ślad
Nieskończoności jest znak
Światło na dnie, którego nie pokona mijający czas
Szlachetny kamień jak diament w sobie ciągle masz!

I ja wiem, choć może to brzmieć dość nieskromnie, że ja zawsze to światło szlachetnego kamienia miałam w sobie. Nie wiem jak to się stało, że jego niechęć i apatia nie zgasiły go przez lata, ale nie zgasiły... Miałam kótkie wrażenie, że i on się w jego blasku ogrzewa i nim oddycha..., ale widać nie tej temperatury oczekiwał... Czuję bardzo wyraźnie, że moje światło na dnie żarzy się jak nigdy dotąd...

Obserwuję ciągle rosnącą pomysłowość Dominiki... ze starej tapety wycina "ściany" i okleja mebelkami ze starego katalogu Ikea. I mój motor dał jej te narzędzia, ale całość jest jej pomysłem. Cieszy mnie obserwacja skuteczności moich działań rodzicielskich. Podsuwania jej czegoś i dawania wolnej ręki w użyciu tego czegoś. Również nieziemskie jest obserwowanie jak skutecznie miłością zarażam dwie Moje Dziewczynki do siebie nawzajem... Wiadomo, że są siostrami, bawią się razem i takie tam..., ale myślę, że to moja zasługa, że pierwsze pytanie każdej z nich rano jest o to, gdzie jest druga z nich... I kłócą się oczywiście..., ale wierzę, że jestem dobrą mamą i tak jak kiedyś zauważyła to Danka... manipulując odrobinę zachowaniem, sugestią, opowieścią... powoduję nakręcanie ich na siebie nawzajem... na miłość wobec siebie, na szacunek wobec siebie, na liczenie się z potrzebami tej drugiej. Bartka też notorycznie nakręcałam... na miłość do nich z kolei. Pokazywaniem jaki jest dla nich ważny i jaki im niezbędny..., żeby pieścic jego ego i, żeby zechciało mu się choć na moment oderwać wzrok od komputera.

Leci u mnie właśnie "Do diabła z przysłowiami", Kayah

Nagle nic chyba się nie zdarza...
Co ważne od lat jest w kalendarzach...
Wcale ja znaków nie widziałam
Ale wciąż ich wypatrywałam...
Nagle nie zbudowano miasta
Żaden las nagle nie wyrastał
Co nagle to po diable
Czyż nie tak mówi się?
Właśnie w ogrodzie dziś odkryłam strasznie ogromne drzewo...
Chyba, co nagle to po diable, lecz nie w tym rzecz...
Przecież nagle za oknami nie wyrosło drzewo
Tej niezgody między nami
Czemu nie widziałam tego
Jak rośnie cały czas
I rozdziela nas?
Burzy wszystko co zbudowała miłość
I nie nagle, bo po diable to by było
A tak nie...
Czarna pustka między nami nie wyrosła nagle...

No właśnie. Pewnie nigdy nie poznam odpowiedzi na pytanie gdzie ja wtedy byłam jak to nasze drzewo rosło... Albo raczej... dlaczego udawałm, że tego drzewa nie widzę? Jego korzenie rozrywały podłogę domu, w którym żyłam a jego gałęzie rozrywały moje serce... a ja ciągle czekająca z tą cholerną kolacją i tą cholerną wodą w wannie... dla zmęczonego męża.

No przecież ja naprawdę nie mogłam o tym nikomu mówić... bo drugiej takiej kretynki nie znam... i w końcu ktoś by mi to powiedział.
Czyli okazałam się podobnie żałosna jak Moja Mama. Zawsze obiecywałam sobie, że nigdy nie zrobię tak jak ona... gadała i truła o swoim nieszczęściu zatruwając oprócz swojego, również czyjeś życia... i jak już wylała wszystkie łzy to wracała do swojego piekiełka...
No! To naprawdę znalazłam lepsze rozwiązanie... Nikomu nie mówiłam nic i tkwiłam w swoim piekiełku cały czas... nawet bez tych chwil spuszczenia pary... czekając chyba aż mnie na Allegro sprzeda... żeby się pozbyć...

poniedziałek, 20 lutego 2012

Ale draniami byłam otoczona:(

Już sama nie wiem czy to ciągle miłość czy żal, że to ja go nie zostawiłam. Żal, smutek, niedowartościowanie... że przecież obiektywnie jestem lepszym człowiekiem i nie wolno ranić dobrych ludzi... Z drugiej strony to właśnie dobrych ludzi się rani... złych zranić nie można, to oni ranią. Zawsze wiedziałam, że nie jest dobrym człowiekiem... I chyba teraz bywam smutna i rozdrażniona często również z tego powodu... Że to on zrezygnował ze mnie... o ironio! A dla dobra wszechświata to ktoś powinien utrzeć nosa jemu. A ja dziecina zakochana wierzyłam, że stworzę mu dom jakiego nigdy nie miał i on to doceni... Nie pomyślałam, że dom taki będzie go dusił... jakby rybę z wody wyciągnąć i kazać pływać... Tak jak kiedyś ktoś powinnien nosa utrzeć jego matce... Nie stworzyłaby Demona na swoje podobieństwo!!! I wśród tego całego smutku to jest jedyna moja pociecha... ŻE BYŁAM JEDYNĄ OSOBĄ, KTÓRA POWIEDZIAŁA JEJ "DOŚĆ". Nie znam nikogo kto byłby tak niedobrym i wyzbytym uczuć wyższych człowiekiem. Tak zarozumiałym i tak grającym, udającym i nieszczerym. Poniekąd to bardzo dobrze, że nie żyje... wiem... brzmi strasznie..., ale z drugiej strony... moje dzieci narażone są tylko na nieludzkie zachowania swojego taty, których nie mogę już kontrolować. Gdyby ona pomagała mu w kształtowaniu moich dzieci to moja zwykłość, naturalność i poczciwość mogłaby nie zwyciężyć... A tak mam szansę, że moje dzieci nie będą stworzone na podobieństwo diabła. Wiem, że skręcało i ją, i jego, i, że poniekąd tym Mój Boski Małżonek Cudzołożnik tłumaczy wszem i wobec swoją decyzję o odejściu, ale to jest moja satysfakcja... taka prawda. I szkoda, że nie zrobiłam tak z nim. Wszechświat by zyskał i ja bym zyskała. A tak odgrzebuję wszystkie wspólne chwile szukając w nich miejsca, w którym mógł skłamać. Chciałabym żeby mi to kiedyś opowiedział... Jak to było, w którym momencie, od którego... Ale nie zdobędzie się na to... Zatem muszę zapomnieć, ułożyć w głowie jakąś na ten temat historię i trzymać się jej i żadnej innej nie dopuszczać... Nie rozgryzać kiedy jeszcze kochał a kiedy już nie... Bo przecież kochał cały czas... je wszystkie... A najbardziej siebie. I nigdy by się to małżeństwo nie skończyło gdyby nie moja decyzja o tym... o niezamykaniu oczu na kłamstwa i rozgrzebywaniu tego. Bo on, jak mamusia, w swojej hipokryzji widzi to tak, że przecież nie miał wyjścia... byłam niedobra, kazałam kąpać dzieci, interesować się nimi zamiast komputerem... No naprawdę. Rozłożyłam to małżenstwo! Dzieci na tym zyskały jeśli robi to wszystko dzisiaj szczerze... nigdy nie był taki nimi zainteresowany i taki kochający. Chociaż jak twierdzi, że odwożenie ich do szkoły co rano to dowód na jego zaangażowanie i super z nimi relacje to mną trzęsie... Nie ubiera ich, nie karmi, odbiera praktycznie gotowe w drzwiach... i tak codziennie, ale nic poza tym... to znowu ta hipokryzja wyłazi z niego.

piątek, 17 lutego 2012

Oddalenie wniosku o zabezpieczenie alimentów

Dostałam pismo. Ciekawy ten  świat adwokatów, kiedy piszą coś, żeby dostać status ODDALENIA, po czym piszą coś podobnego, dającego to, co chcieli od początku, uzyskać...
Smutna i wstawiona, choć nie często się to zdarza, widzę wyraźnie bardzo siebie... złamaną w pół... z tą swoją miłością karłowatą...  Kto by taką chciał?

Dziś są jego urodziny...

I wiem teraz, że my mieszkamy pod tym samym niebem
Moje niebo jest Twoim
A Jego niebo moim nie jest...

Boli... boli... boli. Zdarza się ciągle, że boli i piecze, i rozrywa, i... I tak jest dzisiaj. A dzisiaj są jego urodziny. Jak można tak źle ulokować uczucia? No jak? I jak uchronić przed podobną inwestycją Moje Dziewczynki? Mam za mało Porto... zdecydowanie. Zaraz napiszę oburzona do Agnieszki-darczyńcy!

Dostał pozew. Był zaskoczony, bo przecież strasznie mi pomaga przy komputerze... A ja taka nielojalna... I on nie rozumie mojego postępowania... Niesamowite? A ja go ciągle...
chcę jak wody spragniony...
Jak słów niemowa
Jak miłości chce młody
Jak ziemia życia...

I dlaczego gada Dominice, że będzie mnie kochał zawsze? Że trzeba czasu, żebyśmy mogli być znowu razem... Nie żebym się specjalnie karmiła tymi słowami, bo wszelkie złudzenia gaszę kubłem zimnej wody wspomnień o jego przewinieniach, ale żal mi naprawdę tych moich dzieciaczków. I siebie w tym wszystkim również... Bo nie dość, że sama muszę sobie poradzić z tym wszystkim, dzieciom pomóc przez to przejść, to jeszcze mam z jego strony kłody rzucane pod nogi w postaci tych jego szczeniackich kłamstw składanych na ołtarzu samoobrony szkodzących wymiernie mojemu dziecku. I instynkt macierzyński każe mi zabić! A z tyłu głowy nadzieja...

Ból znaczy tak długo a takie krótkie to słowo
Uczyłam złamane serce bić w górę i w dół na nowo

Mam dobre Porto od Agnieszki. Nie wiem jak dotrwam do rana jak się już skończy... I nie wiem jak dojdę po kota do lekarza... Bidulek ma usuwane zęby z powodu nadżerek. Moja Kocia Pociecha. Najlepsza inwestycja 1500 zł w moim życiu. Nawet Koźmiński nie był wart połowy zainwestowanych pieniędzy... A tu... voila! W każdym spojrzeniu, przytuleniu zwrot stukrotny.
A już myślałam, że:

Ocean wypłakanych łez dzisiaj już spokojny jest
Żeglować możesz jeśli chcesz, ja wysiadam dziś na brzeg...

Na demony w Twojej głowie
I nieważkość w każdym słowie
Obietnice daruj sobie...
Na słabości, które lubisz
Błędy, bo się z nich nie uczysz
Za to jak mnie smucisz...
Łzy na noce przechulane
I samotność tuż nad ranem
Serce zmarnowane...
I na wszystkie Twoje winy, które zrzucasz wciąż na innych
Żal mi Ciebie Miły

No chyba po kilku kieliszkach Porto mogę to wyjawić chociaż sobie samej...KOCHAM GO KURWA! Choć wolałabym wersję... niespełnienia, która zawsze lepiej brzmi... Ale nie... kocham go. Wiem, że niewarty jest najmniejszego, mojego, prawego uczucia, ale tak jest. I jako dobra matka myślę głównie nie o realizacji czy konsumpcji tych uczuć, lecz o tym, jak przed takimi niewłaściwymi uczuciami ochronić swoje córeczki... takie małe, a tyle muszące pomieścić złych wieści w swoich małych główkach... Jak im powiedzieć, który moment był tym, w którym straciłam swoją godność godząc się na za dużo...